JRG SKAWINA
remiza.net : PALI SIĘ! PALI SIĘ!

W 1991 r. skawińscy strażacy gasili 68 pożarów. Do 15 września w mieście i gminie Skawina paliło się już 116 razy(nie wliczając akcji w tzw. rejonie wzajemnej pomocy, tj. gminach Świątniki i Mogilany, akcji ratownictwa technicznego i fałszywych alarmów).

W czwartek, 27 sierpnia, około godz. 9 rano, po raz kolejny zadzwonił telefon alarmowy. Tym razem wzywał strażaków ze Skawiny na koncentracje w Krakowie
i zapowiedział wyjazd do Kuźni Raciborskiej.

Z Krowodrzy, w rejon największego jak dotąd w Polsce pożaru lasów, wyjechało 12 strażackich wozów. Drugim miejscem koncentracji był stadion KS „Raciborzanka”. Tu otrzymali zadania, swój odcinek bojowy, mapy i nazwę: „Kompania Krakowska”. Skierowani zostali w pobliże wsi Rudy k. Kuźni Raciborskiej
- jak tam dojechaliśmy, ognia jeszcze nie było, ale wszędzie dookoła był dym – mówi młodszy aspirant Mirosław Sroka. – zadymienie było tak duże, że mało co było widać. Ludzie i sprzęt – wszystko czarne od sadzy. Dookoła czuć było swąd spalenizny.

Wjechali w las. Zgromadzono tu ok. 30 wozów bojowych. Ich zadanie polegało na niedopuszczeniu do przerzucania się ognia na drugą stronę leśnej drogi. Wtedy, 27 sierpnia, jeszcze to im się udało.
- Ale wystarczyło, żeby tylko lekko dmuchnął wiatr – dodaje młodszy aspirant Dariusz Gromala – i ogień przerzucał się wierzchołkami o kilkaset metrów dalej. Igły sosen zajmowały się w niewyobrażalnie szybkim tempie i robiły przy tym huk równy lądującemu samolotowi. Wszystko było suche jak pieprz. Czasem właściwie z niczego robiła się ściana ognia.

Leśnicy pokazali im miejsce, gdzie zginęli miejscowi strażacy. Dokładnie – jak się to stało, nie dowie się już nikt. Przybliżona rekonstrukcja wygląda w sposób następujący:

W leśną przecinkę wjechały dwa strażackie wozy. Błąd polegał na tym, że zamiast tyłem, w nie rozpoznany rejon pożaru wjechały przodem, co utrudniło im potem ucieczkę. Prawdopodobnie, ale właśnie tylko prawdopodobnie, chorąży, który dowodził akcją, przecenił swoje, ludzi i sprzętu możliwości. A przede wszystkim za bardzo uwierzył w siebie.
W Raciborzu uchodził za speca od leśnych pożarów. Spalił się za kierownicą, w kabinie jednego z samochodów. Próbował walczyć do końca.

Dwaj inni strażacy wybrali drogę ucieczki na piechotę. Nie zdążyli.

- Najprawdopodobniej najpierw zachłysnęli się dymem – wyjaśnia asp. Sroka. – kilka takich głębokich głębszych zachłysnięć i człowiek słabnie. Zaczyna mu brakować sił. Ogień przyszedł do nich potem.

Po 24 godzinach walki z żywiołem w Rudach powrócili na dwudniowy odpoczynek do Skawiny. Wóz bojowy został w raciborskich lasach, a ich miejsce zajęli koledzy z drugiej sekcji skawińskiej straży. W drodze powrotnej, mimo zmęczenia, myśleli o szerzących się pogłoskach, że w okolicach Kuźni Raciborskiej stale ktoś podpala las.

- Na to rzeczywiście wyglądało. Bo ogień nie rozprzestrzeniał się z jednego ośrodka i ciągle pojawiały się nowe źródła pożaru – nie ukrywa asp. Gromala.

Dla jego sekcji dniem krytycznym był trzeci wyjazd do Rudy. W kilkadziesiąt wozów bojowych zgrupowano ich do obrony jednego z przysiółków. Jeśli ogień przekroczyłby tamta granicę, zająłby kolejne kilka tysięcy hektarów lasu.

Cywile, przy pomocy strażaków, polewali wodą swoje domy. Stale zraszana była też przylegająca do przysiółka ściana lasu. Meldunki z samolotów i helikopterów donosiły o zbliżaniu się ognia. Wynik zmagań był bardzo niepewny. I nagle odwrócił się wiatr. Ogień do nich nie doszedł. Ale wielogodzinne napięcie psychiczne i stres były nawet gorsze od bezpośredniej walki z żywiołem.

W rejonie pożaru warunków do wypoczynku nie było prawie wcale. Szczyt wygody polegał na przytuleniu głowy do kabiny własnego wozu bojowego. Kiedy pożar zagrażał bezpośrednio miejscowej ludności, działała ona ze strażakami ręka w rękę. W domach gotowano w wielkich garach zupę, przygotowywano napoje. Każdy dawał strażakom, co mógł. W wiejskim barze za darmo była kawa i piwo bezalkoholowe. Konserwy, wodę mineralna, zapewniały miejscowe władze i leśnicy. Na miejscu były tez służby kwatermistrzowskie z Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej w Krakowie.

Kiedy jednak bezpośrednie zagrożenie dla miejscowej ludności cywilnej i ich domostw minęło, a na dodatek doszło do tragicznego wypadku i strażacki samochód przejechał jedną z wieśniaczek – ludzie odwrócili się od strażaków. Na czas pogrzebu ofiary wypadku, na całe dwie godziny, zakazano jakiegokolwiek poruszania się strażackich wozów. Będącym w akcji musiał odtąd wystarczyć suchy prowiant. Do obmycia twarzy i rak była najczęściej tylko „Kryniczanka”.

- Spalony las jest smutny – twierdzi asp. Sroka. – Pozbawione życia drzewa wyglądają jak betonowe słupy.

Do trudnych zadań należało też dogaszanie pogorzeliska. Szczególnie w miejscach, gdzie dołem były pokłady torfu. Cześć drzew miała tam spalone tylko korzenie, ale dziwnym trafem trzymała się jeszcze w pionie. Lekki podmuch wiatru, przejazd strażackiego samochodu, przewracał je jak zapałki. Jeśli była to sosna, jej korona szybko zajmowała się od tlącego w głębi ziemi ognia i powstawało kolejne ognisko pożaru. Taki las złożony z drzew, które były już „trupami”, był szczególnie niebezpieczny o zmroku.

- Gdyby nie deszcze, nadal jeździlibyśmy do Kuźni Raciborskiej na dogaszanie – mówi asp. Gromala.

Obaj przyznają, że w krakowskiej Szkole Chorążych Pożarnictwa uczono ich o pożarach lasów. Życie przerosło jednak bardzo tamte wykłady. – To było coś zupełnie innego, niż dowiadywaliśmy się na zajęciach – podkreślają.

„Typowy” był za to wypadek w lipcu br., w Ochodzy, gdzie w ogniu także zginął człowiek. Starszy, blisko 70-letni gospodarz chciał wypalić słomę na ściernisku. Wiatr skierował ogień na pole sąsiada, gdzie zboże było jeszcze nie zżęte. Staruszek próbował temu zapobiec. Najprawdopodobniej jego też osłabił dym. Wkrótce potem przyszła śmierć...

- Ile razy apelowaliśmy, że palenie słomy wcale nie jest
korzystne dla gleby. Było na ten temat nawet specjalne pismo z Ministerstwa Rolnictwa – przypomina asp. Gromala. – A jeśli już ktoś chce to zrobić – niech skosi, złoży na kupę. W przeciwnym wypadku jest to podpalenie a nie wypalanie!

Mimo apeli i kontroli nadal nie należy do rzadkości budowanie stogów obok zabudowań sąsiada. Lub trzymanie maszyn, głównie ciągników, w wypełnionych zbożem stodołach. Wystarczy wtedy jedna iskra.

- Starsi gospodarze próbowali mnie przekonać, że traktor w ich stodole nie stwarza zagrożenia – opowiada asp. Sroka – bo oni nie zapalają go w pomieszczeniu, tylko... wypychają na podwórko. Zrobiliśmy próbę, która dowiodła, że nie są jednak w stanie przepchać pojazdu przez wysoki próg i musza zapalać go w stodole...

Od 28 sierpnia do 5 września wszyscy skawińscy strażacy zawodowi byli skoszarowani. Takie są rygory stanu podwyższonej gotowości bojowej. Normalnie służba trwa 24 godziny, po których są dwie doby wolnego.

Na 24 godz. w remizie składa się 8 godz. zajęć szkoleniowych i konserwacji sprzętu. Następnie 8 godz. tzw. czuwania, w czasie których strażacy przeprowadzają prace gospodarcze i kulturalno – oświatowe oraz 8 godz. odpoczynku, który w każdej chwili może być przerwany bojowym alarmem.

Po zmianie w lipcu br. ustawy o straży pożarnej „zawodowcy” ze Skawiny nazywają się teraz Jednostką Ratowniczo – Gaśniczą Państwowej Straży Pożarnej podległą... Komendzie Rejonowej PSP w Proszowicach z siedzibą w Krakowie. Teoretycznie rejonem ich działania jest tylko teren miasta i gminy Skawina. Praktycznie – także gm. Mogilany i Świątniki. Bo reformując straż, nie zreformowano sieci połączeń telefonicznych. I gminy te mają bezpośrednie łącza ze Skawiną, a z jednostką straży
w Myślenicach, której podlegają – tylko na korbkę i częściowo działające wyłącznie
w godzinach pracy miejscowych instytucji.

Wraz ze zmianą ustawy szef straży stracił teś tytuł „komendanta”, został dowódcą. Jest nim st. kapitan inż. Ryszard Konik, o którym w remizie mówi się „człowiek orkiestra”.

Jego „konik” to strażackie nowinki techniczne. Pierwszą jest motopompa firmy Rosenbauer typu FOX z silnikiem BMW. Jej obsługa, jak twierdzą strażacy to „sama radość”. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby nie zaskoczyła od pierwszego naciśnięcia startera. Polskie motopompy mają wydajność ok. 800 l wody minutę, ta – 2000 l/min i jest od nich o wiele lżejsza, bo ma części z włókna szklanego. W Kuźni Raciborskiej była przez cały czas i przepracowała ponad 30 motogodzin tankując strażackie cysterny.

Drugi, najnowszy nabytek skawińskich strażaków – pompa wysokociśnieniowa (made in Germany z silnikiem Hondy) jest wynikiem transakcji wiązanej dowódcy Ryszarda Konika z komendantem OSP (w cywilu wiceburmistrzem) Stanisławem Pacem. W zamian za przekazanie druhom – ochotnikom, których w 10 jednostkach jest w gminie ok. 400, trzech motopomp starszej generacji, władze komunalne zakupiły za 20 mln zł i przekazały JRG PSP pompę wysokociśnieniową. Jest ona szczególnie przydatna w czasie gaszenia pożarów
w mieszkaniach. Woda tłoczona pod ciśnieniem 150 atmosfer wytwarza swoistą mgłę, która powoduje wypychanie tlenu z palącego się pomieszczenia i odbieranie temperatury objętym ogniem materiałom i sprzętom. Dzięki temu, iż wystarczy ok. 20 l wody, aby ugasić średniej wielkości pożar w każdym pokoju, nie powoduje to praktycznie strat związanych z zalaniem mieszkania.

Pompa wysokociśnieniowa może też być użyta w akcji na drodze, w przypadku np. rozlania się oleju, który zawsze skutecznie spłuka: - Ona „gryzie” asfalt – cieszą się strażacy.

- Taka pompę mamy pierwsi w woj. krakowskim, a może nawet i w Polsce – podkreśla z-ca dowódcy, starszy aspirant Czesław Stawowy.
Nowa ustawa nakłada na nich, jednostkę ratowniczo – gaśniczą, także obowiązki związane z ratownictwem technicznym i chemicznym. O ile do akcji typowo gaśniczych są wyposażeni dobrze, z tym jest gorzej.
Dwie piły do cięcia betonu i stali typu „partner”, dwie piły spalinowe do drewna
i urządzenie hydrauliczne (typu rozpieracz do ratowania np. zaklinowanych w autach ofiar wypadków) to za mało. Brakuje przede wszystkim gazoszczelnych ubrań, a także kwaso-
i ługoodpornych. Nie ma nawet porządnych hełmów. O tych które użytkują, napisano
w instrukcji, żeby je „trzymać z daleka od źródeł ciepła...”. Mogą np. pęknąć od dłuższego leżenia na kaloryferze. Dowódca Konik wypatrzył już hełmy firmy Dräger. Niestety, w cenie 3 mln za sztukę. Ale może znajdą się jacyś sponsorzy?
Swoją remizę skawińscy strażacy urządzili w połowie ze środków PZU i Komendy Wojewódzkiej, w połowie zaś własnym sumptem. Dużej pomocy udziela im stale dyrektor Zakładów Metalurgicznych, inż. Jerzy Jałoszyński. Dotychczasowe kontakty Skawiny
z zachodnimi miastami partnerskimi jakoś ich omijały. A może by tak wysłać ze dwóch „ludzi ognia” do Hürth, żeby zobaczyli, jak tam gasi się pożary?


GRZEGORZ KULIŃSKI